• Wpisów: 643
  • Średnio co: 3 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 22:12
  • Licznik odwiedzin: 48 938 / 2483 dni
 
hermiona16
 
„...tej ścieżki się po prostu dobrze słucha...”

Ku uciesze krytyków, szczerej rozpaczy niezliczonej rzeszy widzów oraz wielkiemu żalowi śledzących finansowe sukcesy producentów, dobiegła końca jedna z najbardziej dochodowych serii w historii kina. Pozostawiła po sobie kilka bardzo złych filmów, ale przynajmniej na koniec nieco się poprawiła i zaserwowała trochę napięcia i akcji. Co zaś zapamiętają z niej miłośnicy muzyki filmowej? Głównie zawiedzione oczekiwania. Co prawda pierwsza część miała solidną, intrygującą ścieżkę dźwiękową Cartera Burwella, lecz potem było już tylko gorzej. Alexandre Desplat bronił się wybitnym tematem, zasadniczo jednak przynudzał. Howard Shore poległ na całej linii, a ubiegłoroczny powrót do serii Burwella również nie należał do udanych.

Zapowiadał natomiast poprawę, wykazując potencjał zarówno pod względem tematycznym, jak i aranżacyjnym. Mimo, iż seria naznaczona jest głównie muzycznymi upadkami, można było mieć nadzieję na godne zwieńczenie. Rzadko rzeczywistości udaje się na takie nadzieje odpowiedzieć, ale tym razem tak się właśnie stało. Ostatnia odsłona sagi to wyraźne odbicie od mizerii dwóch poprzedników i interesująca propozycja dla miłośników gatunku nawet niezaznajomionych do tej pory z serią.

Jest to może zaskakujące w kontekście twórczości Burwella, ale „Przed świtem, część 2” stanowi pełnoprawną, epicką ścieżkę dźwiękową. Jej wielobarwność i rozmach natychmiast zwracają uwagę, a zarazem odpowiadają na oczekiwania słuchaczy. Macie słabość do patetycznych partii chóralnych? Proszę bardzo. Chcecie dynamicznej muzyki akcji? Bez problemu. A może lubicie czasem wytchnąć przy melodiach pełnych ciepła i słodyczy? Znajdzie się i to. Burwell nie tylko wprawnie żongluje nastrojami i konwencjami, ale w każdej udaje mu się zaprezentować coś wartego zapamiętania. Epicki początek „Aro’s End”, ze skandującym, potężnym chórem niemal wgniata w fotel. Właściwie cała druga połowa płyty, na której dominuje muzyka akcji, pochłania intensywnością i dynamizmem, żeby wspomnieć tylko o „Exacueret Nostri Dentes In Filia” czy „Chasing Renesmee”.

Wprawa w kreowaniu dramatyzmu i liryki już tak nie zaskakuje, lecz też robi pozytywne wrażenie. Nie można nie ulec subtelnemu „Catching Snowflakes”, gdzie delikatne partie smyczków splatają się z fletem i cymbałami, czy nieco zbyt wyraźnie zbliżonego stylem do prac Alexandre'a Desplata, naznaczonemu epickim oddechem „Sparkles At Last”. Burwell nie zapomina też o elementach, które uczynił wizytówkami całej serii. Główny motyw napisany jest więc w konwencji kołysanki i w najpełniejszy sposób rozbrzmiewa w aranżacji na fortepian. Najwięcej radości sprawiają natomiast ponownie gitary i ten z lekka popowy rytm – przypominające, że słuchacz ma doczynienia z rozrywkową serią dla młodzieży, która przynajmniej na początku miała lekko zadziorny, buntowniczy charakter z nieodłącznym dodatkiem nastoletniego glamour.

Drugie na krążku „A World Bright and Buzzing” z wyrazistą perkusją i prowadzącą melodię gitarą elektryczną to czysta przyjemność. Szkoda tylko, że trwa tak krótko. Podobnie jest z bardziej mrocznym, opartym na powtarzalnej, krótkiej frazie „A Yankee Vampire”. Takie utwory, nie będące przecież niczym wybitnym, sprawiają słuchaczowi masę frajdy i dodatkowo dynamizują całą ścieżkę. Poza tym ubarwiają ją i dodają charakterystycznego rysu, dzięki któremu odróżnia się ona od innych epickich ścieżek dźwiękowych.

Na korzyść Burwella należy jeszcze dodać, że dba, by słuchacz się nie nudził. W tej muzyce ciągle coś się dzieje – a to niespodziewanie pojawiają się elementy etnicznie („The Amazon Arrives”), a to drobnym, odmiennym temacikiem przełamany zostaje dominujący nastrój („Merchant of Venice”). Kompozytor często zmienia instrumentarium, również na poziomie perkusjonaliów decydujących o dynamice. Utwory akcji są zgrabnie przeplecione pełnym rozmachu patosem i delikatną liryką. Nie ma też frustrujących obszarów wypełnionych nie dającą się słuchać muzyką tła, co stanowiło zmorę jego poprzedniej kompozycji do sagi. Tej ścieżki się po prostu dobrze słucha, co pewnie dla wielu stanowi wystarczającą rekomendację.

Postawienie jednoznacznie pozytywnej oceny napotyka jednak na pewne trudności. Po pierwsze nie jest to kompozycja szczególnie oryginalna, a miejscami zdaje się wręcz tandetna. Burwell nie ma większego doświadczenia w pisaniu tego rodzaju muzyki, więc trudno oczekiwać, by zaprowadził  jakąś rewolucję, lecz mógł sobie pozwolić na jakieś nieoczywiste niespodzianki. Kiczowate momenty należy natomiast zrzucić na barki konwencji. Zresztą słuchanie ich także sprawia pewną (nieco wstydliwą) przyjemność. Brakuje też czegoś wybitnego, chociaż jednego tematu, czy po prostu utworu, który zamieniłby uznanie w podziw. Najlepsze na płycie „A Way with the World” i „Present Time”, acz pełne rozmachu i emocji nie umywają się ani do „The Meadow” Desplata z części drugiej, ani nawet do „A Nova Vida” z poprzedniej. Czysto technicznym problemem jest natomiast niepotrzebnie poszatkowanie materiału na liczne, względnie krótkie utwory oraz, tradycyjnie, nieco zbyt długi czas płyty (co jest w dużym stopniu niwelowane przez jej różnorodność).

Przed postawieniem czwartej nutki powstrzymywał mnie też czysty snobizm. Jak można jednocześnie zachwycać się muzyką do „Anny Kareniny” i ostatniej części „Zmierzchu”, nawet jeśli jest najlepsza w całej serii? Przecież to zupełnie inna klasa artyzmu. Otóż, po krótkim rachunku sumienia, odpowiedź nasuwa się jedna: można. Dawno żadna ścieżka dźwiękowa nie sprawiła mi tyle czystej przyjemności podczas słuchania – bez nudy, bez udziwnień, bez nietrafionych pomysłów, która w dodatku nic nie traci przy zbyt częstym lub zbyt uważnym słuchaniu. Nie jest to może najmocniejsze 4, ale chyba wystarczające, by do tej przyjemności zachęcić.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków